Wcześniak

Pierwsze spotkanie na Oddziale Intensywnej Terapii

Kiedy usłyszałam płacz na sali operacyjnej, byłam wzruszona i taka szczęśliwa, że nie można tego wyrazić słowami. Wiedziałam, że jest w nich wola życia i walki. Stan dzieci był  stabilny i dostały dużo punktów w skali Apgar, a ja poczułam ogromną radość. Kacperek ważył prawie 1400g a Wojtuś 2000g. Oboje mieli o 400 g więcej w porównaniu do ostatnich wyników usg przed porodem. Przez ostatni miesiąc lekarze starali się  podtrzymać ciążę i walczyli o każdy dzień, żeby mniejszy chłopczyk przekroczył magiczną barierę 1kg. W 33. tygodniu ciąży zostałam podwójną mamą. Moje dzieci wcześnie opuściły bezpieczne i przytulne dla nich miejsce w brzuchu mamy, dlatego że ich szanse na przeżycie były większe na Oddziale Intensywnej Terapii Noworodka.

Chłopcy bardzo szybko zostali przewiezieni w inkubatorach na Oddział Intensywnej Terapii Noworodka, dlatego nie miałam możliwości zobaczyć ich czy przytulić. Następnego dnia po porodzie z pomocą męża udaliśmy się na oddział, gdzie leżały nasze dzieci. Umyliśmy dokładnie ręce i zdezynfekowaliśmy zgodnie z regulaminem wiszącym przed wejściem. Wszystkie rzeczy prywatne, telefony, torebki i plecaki trzeba było zostawić w szafce a ja ubrałam się w specjalny fartuch ze względu na gojącą się ranę po operacji i ryzyko zakażenia. Pielęgniarki wpuściły nas na salę pełną malutkich dzieci i wskazały dwa łóżeczka leżące obok siebie. Doznałam szoku na widok ilości aparatury przy każdym inkubatorze oraz hałasu jaki tam panował. Z każdej strony dochodziły do nas alarmy, pielęgniarki szybko na nie reagowały i a ja bałam się, że coś niedobrego dzieje się moim dzieciom. Zobaczyłam dwie moje kruszynki z całym podłączonym sprzętem: z wkłuciami, rurkami, sondą żołądkową, czujnikami termicznymi, pompami infuzyjnymi i innymi elementami aparatury. Nie mogłam zobaczyć ich twarzy, bo miały doprowadzone rurki nCPAPu do podtrzymywania funkcji oddechowych. Poczułam ogromną radość z tego, że są na świecie a jednocześnie strach o ich zdrowie, życie i dalszą przyszłość. Nie mogły samodzielnie oddychać i utrzymać stałej temperatury ciała, nie były w stanie jeszcze jeść z piersi, miały prawie zerową odporność, niedojrzały układ trawienny i nerwowy. Wiedziałam, że są w najlepszych rękach, byłam wdzięczna, że jest takie miejsce i sprzęt. Byłam też zaskoczona, że moje maluszki mimo takich warunków potrafią spokojnie spać. Martwiłam się czy je coś boli, co czują i jak je dotknąć. Na kangurowanie i karmienie na razie musiałam poczekać.

Patrzyłam jak oddychają z trudem. Wzruszyłam się i nie mogłam wymówić słowa. Nie czułam się winna. Wybrałam najlepszy szpital w okolicy, byliśmy w rękach znakomitych lekarzy i regularnie się kontrolowałam. Mój organizm też naturalnie był przygotowany na jedno dziecko, więc i tak długo daliśmy radę. Z pomocą przyszła mi pielęgniarka i powiedziała, że muszę być silna i zachować spokój, bo tego one teraz potrzebują. Noworodki wyczuwają emocje mamy, potrzebują jej obecności, dotyku i spokojnego głosu, aby mogły się lepiej rozwijać. Bałam się je dotknąć, były takie kruche i malutkie. Dzieliły nas ścianki inkubatora z otworami, przez które można było włożyć ręce, dotknąć i mówić do nich. Pielęgniarka pouczyła mnie, aby położyć delikatnie rękę na ich ciele, nie głaskać, tylko trzymać w jednym miejscu wolnym od wkłuć, czujników i rurek. Ważne jest, żeby nie dotykać czujnika temperatury, bo może wskazać błędną wartość. Przywitałam się ciepłym, niskim głosem i dzieci drgnęły. To niesamowite, że odróżniają mój głos i reagują na mnie.

Czułam jednak ciągłe napięcie przez stale zmieniającą się sytuację na sali, zapach środka dezynfekującego i hałas, które nie pozwalały poczuć się jak w domu. Z czasem przestało mi to przeszkadzać, zresztą nie zawsze było tak nerwowo. Starałam się skupić tylko na Wojtku i Kacprze, nie patrzyłam na inne dzieci, aby też nie krępować innych rodziców. Kiedy z sąsiadami  poznaliśmy się bliżej, sami prezentowali nam swoje skarby. Starałam się być przy nich całe popołudnia, tak długo jak pozwalały nam na to dzieci i rytm pracy w szpitalu. Ważne jest dostosowanie się do potrzeb i aktualnych możliwości dziecka, tak by go nie przeciążyć. Takiej informacji może nam udzielić lekarz czy pielęgniarka opiekująca się naszym maluszkiem.

Każdy rodzic pierwsze spotkania przeżywa inaczej, niektórzy nie są gotowi od razu na dotyk, widok kruchego dziecka niepodobnego do niemowlęcia w reklamach i filmach. Czują się zagubieni w rzeczywistości szpitalnej i najzwyczajniej w świecie bezradni. Z pomocą przychodzą pracownicy personelu medycznego,  przede wszystkim lekarze. Potrafią znaleźć czas i odpowiedzieć na wszystkie pytania o stan zdrowia i rokowania. Dopytywaliśmy lekarzy codziennie o ich zdrowie zaraz po rannym obchodzie. Nasza lekarka z daleka wołała, że stan dzieci jest stabilny i wszystko jest w porządku. Lekarz prowadzący na danej zmianie oceniał stan dziecka, dawał nowe zalecenia i kierował na badania. Niczego nam nie obiecywali, udzielali informacji na daną chwilę, bez dawania jakiejkolwiek pewności co wydarzy się jutro. Od pielęgniarek dowiadywaliśmy się o lekarstwach jakie podają, czy dzieci spały albo czy zdarzyło się coś niepokojącego. Z kart wiszących przy łóżeczkach mogliśmy sprawdzić ile zjadły, w jaki sposób (sonda, butelka) i czy wypróżniały się, co świadczy o dobrym trawieniu.

W pierwszych kontaktach z maleństwami nieoceniona jest też obecność fizjoterapeutów, którzy pokazują jak przewijać, jak obracać maluszka czy układać go do snu albo karmić. Do dyspozycji są też inny specjaliści jak doradcy laktacyjni, dietetycy przygotowujący mleko, psycholodzy i inni. Ważnym wsparciem okazali się też inni rodzice z podobnymi przeżyciami, inne mamy, które opowiadały o swoich radościach i smutkach w pokoju laktacyjnym.

Okres, kiedy dzieci przebywają na Oddziale Intensywnej Terapii jest szczególnie trudny dla rodziców. Najważniejszym źródłem wsparcia byliśmy dla siebie nawzajem z mężem. Przeżywaliśmy te wizyty w szpitalu podobne, dużo ze sobą rozmawialiśmy i pocieszaliśmy się. Przez pierwsze dni Maciej spędzał z nimi więcej czasu ze względu na mój stan zdrowia po operacji. Potem jeździliśmy razem do czasu kiedy wyszedł Kacper a Wojtek został na oddziale. Przekazywaliśmy sobie informacje i odwiedzaliśmy go na zmianę. Wszystko podporządkowaliśmy wizytom w szpitalu, one były teraz najważniejsze. Mężowi udało się załatwić półtora miesięczny urlop, żeby przyjeżdżać do dzieci i pomagać mi dojść do siebie. Wziął opiekę nad żoną, dni okolicznościowe z okazji narodzin dziecka i prawie cały płatny urlop.

Dla mnie najbardziej pocieszające były zdjęcia innych wcześniaków, a właściwie cała ich ściana przed wejściem na Oddział Intensywnej Terapii. Uśmiechało się do mnie kilkadziesiąt dzieci, takich kilkuletnich, które urodziły się zbyt wcześnie, z różnymi schorzeniami, czasem ze skrajnie małą masą urodzeniową i poradziły sobie. Na każdym zdjęciu była data urodzin, waga z jaką przyszły na świat i podziękowania dla pracowników oddziału. Teraz po dziesięciu miesiącach, kiedy moi chłopcy już zmężnieli, postanowiłam podarować szpitalowi ich zdjęcie ku pokrzepieniu serc innych rodziców i dołączyć się do podziękowań pracownikom szpitala.

 

2 komentarze
  • Ania Niebylska

    Dzięki Marta! To dla mnie ważne, że Ci się podobało i udało mi się przekazać emocje, jakie mi towarzyszyły. Dzięki za komplement!Pozdrawiam!

  • Marta Lo - Spójrz przez okno

    Aneczko, czytałam ten wpis ze łzami w oczach… Jesteś niesamowicie dzielną mamą!

Leave a Reply